30.12.2013
Agnieszka Muszka

Najciekawsze jest po drodze

Najciekawsze jest po drodze

O książce naszego dziennikarza Artura Daniela Grabowskiego, czytelnicy dowiedzieli się już całkiem sporo. Być może tom ten już zasila biblioteczki miłośników literatury regionalnej, których jest wcale niemało. W końcu to prawdziwa gratka czytać o doskonale sobie znanych miejscach i móc pogawędzić z autorem – kolegą, sąsiadem. Rolą recenzji jest pomóc określić czytelnikowi oczekiwania wobec opowieści.

Spróbujmy zatem podejść do „Testamentu Eleonory” jak do książki kogoś nam całkiem nieznanego, którą, dajmy na to, jako miłośnicy prozy historyczno-sensacyjnej kupiliśmy w księgarni przy dworcu, przewidując długą podróż. Zapewne przeczytamy ją jednym tchem, zaintrygowani zagadką i nie będziemy się nudzić, poznając galerię postaci z różnych bajek oraz dryfując po interesujących miejscach i czasach. Najprawdopodobniej większość z nas da się „Testamentowi…” pochłonąć.

Książka napisana jest ładnym, bardzo prostym językiem i przejrzystym stylem. Dzięki tej prostocie, udaje się autorowi wyślizgiwać większości błędów typowych dla początkujących prozaików. Nie natniemy się tu na przerażające rafy koralowe epitetów i przesadnych metafor. Dialogi nie zmęczą nas szelestem papieru i sztucznością, a bohaterowie nie będą nas przesadnie irytować nieprawdopodobnymi psychologicznie wyskokami. Są za to „upłynniacze lektury” – kilka bardzo trafnych i „smacznych” obserwacji ludzi i ich zwyczajów, opisy świata jak najbardziej realnego i dotykalnego, w którym je się, pije, pracuje, oddycha, żyje i kocha, boczek skwierczy na patelni, starożytny komputer odpala się piętnaście minut, a akcja bohaterki powoduje reakcję bohatera. Wbrew pozorom, nie są to sprawy oczywiste, zwłaszcza u debiutantów. Większość czytelników i recenzentów podkreśla łatwość, z jaką czyta się książkę Grabowskiego. Ta łatwość wynika właśnie z przystępnego, wolnego od manieryzmu stylu oraz dbałości o szczegóły, zarówno obyczajowe jak i faktograficzne. Görlitz, Frankfurt nad Menem, Zamek Albertsteinów to program wycieczki, na którą zabiera nas pisarz, okazujący się przystępnym i – co ważne – nienachalnym przewodnikiem.

Wydawnictwo oparło marketing książki na kuszeniu nas zagadką, pojawiają się sugestie mrocznego kryminału. Czy na pewno warto właśnie na to się nastawiać?

Można powiedzieć, że obecnie sam gatunek kryminału zdominowany jest przez trzy nurty – pierwszy „techniczno-laboratoryjny”, drugi surowy, mroczny, beznamiętnie obrazujący zbrodnię oraz ostatni, oparty na oszałamiających psychologicznych zawiłościach. „Testament Eleonory” wyszedł w serii „Zbrodnia w bibliotece”. Hasło „Zbrodnia w bibliotece” wydaje się stronić od nich wszystkich i nawiązywać raczej do starszych wzorców, klasyki kryminału. To jednak kolejna zmyłka. Szukanie zbrodniarza nie jest tu celem samym w sobie, a autor nie zwodzi czytelników mnożącymi się mylnymi tropami. Najciekawsze dzieje się „po drodze”, obok zagadki. Poznajemy fascynującą historię zamku Albertsteinów, odkrywamy pełne dramatyzmu dzieje ludzi żyjących na pograniczu, z bliska obserwujemy głównego bohatera i jego relacje z kobietami. Thomas to mężczyzna-dziecko, balansujący pomiędzy wywołującą ironiczny uśmiech bufonadą, a rozczulającą nieporadnością, chcący być silny, a zarazem łaknący silnych kobiet i ich opieki, pragnący bliskości, ale trzymający się na niemożliwy dystans, zafascynowany pieprzem, ale wybierający wanilię. Wszystkie te sprzeczności są bardzo autentyczne, wszak czasy „macho” i ich słodkich towarzyszek odchodzą w zapomnienie, męskość wpada w paradoksy i niejednoznaczności. Dlatego ewidentne cechy antybohatera, które ma Thomas, stanowią ciekawy potencjał, warty rozwijania, zakładając oczywiście, że rozwiązanie zagadki testamentu Eleonory i zagadki własnego serca nie będą jedynymi i ostatnimi przygodami, które przewidział dla niego Artur Daniel Grabowski.

Interesującym pomysłem autora (jeśli był zamierzony) wydaje się pewne pomieszanie rodzajów postaci. O ile Thomas i Martha, są ludźmi takimi, jak my, tyle że zamieszkałymi w pobliskim Görlitz, o tyle w oddali, na drugim planie, majaczą nieco przerysowane, mroczne, czarne charaktery w stylu niemego kina, czy wspomnianej klasyki komiksu. Z kolei w planie moralitetu zderzają się w odwiecznej walce archetypiczne postacie wcielonego dobra i wcielonego zła, zdecydowanie zbyt schematyczne, wzbudzające uzasadnione wątpliwości. Nieco łagodzi je najbardziej wielowymiarowa postać, czyli poznawana przez czytelnika pośrednio tytułowa Eleonora – dystyngowana, ale niejednoznaczna, silna, ale ciepła, otwarta na ludzi, ale skrywająca tajemnicę.

Podsumowując – „Testament Eleonory” jest ciekawą, sympatyczną i bardzo „czytalną” propozycją, którą bez wstydu możemy podarować jako świąteczny prezent nie tylko fanatykom regionalistyki.

(Anna Łagowska)

 

Podpis pod zdjęciem:

5 grudnia 2013 roku Artur Daniel Grabowski promował „Testament Eleonory” w Miejskim Domu Kultury w Lubaniu

print

Na skróty