12.11.2014
Agnieszka Muszka

Za żywopłotem

Za żywopłotem

Gdzie jest zielony żywopłot z lat mojego dzieciństwa? Gdzie jego niepowtarzalny zapach i  cichy szelest listków, niosący poczucie bezpieczeństwa i spokoju? Pamiętam drobne, różowe kwiatki, które jesienią zmieniały się w białe, soczyste owoce. Nazywaliśmy je „śnieguliczki”. Wróżyły nadchodzące chłody i trwały na krzakach pomimo mrozów.

Wspomnienie żywopłotu okalającego mój dom w latach dzieciństwa, to wspomnienie radości. Ten żywopłot dawał poczucie intymności, ciepła i spokoju, ale również był otwarciem na świat. Wydeptane miejsce za wielkim dębem, rosnącym między tym zielonym ogrodzeniem, żeliwna furtka w płocie, za którym rosły przystrzygane pracowicie przez mojego ojca krzaki, były otwarciem na nieco mniej bezpieczny, ale jakże fascynujący świat willowej ulicy. Miałam z niego korzystać ostrożnie i z rozwagą, ale nie był mi zupełnie zabroniony. Tam zaczynały się nowe znajomości i przyjaźnie z dziećmi sąsiadów, tam, jako mała kobieta, dostrzegałam zmiany w modzie i mogłam podziwiać elegantki, które stawały się moimi dziewczęcymi ideałami.

Podobny żywopłot zobaczyłam w ogrodzie mojej dawnej przyjaciółki Romki, kiedy przyjechałam na urlop do rodzinnej miejscowości.

– Ty to masz szczęście – powiedziałam do koleżanki, rozglądając się po jej „włościach”. – Taki piękny dom, zadbany ogród, tyle kwiatów. To cudo w porównaniu z moimi blokowymi klitkami w mieście.

Romka spojrzała jakoś smutno. Nie widziałam w niej entuzjazmu. – Nie cieszysz się? Zapytałam zdziwiona. – Przecież masz to, o czym niejedna z nas marzy! Nawet ten żywopłot! Taki sam jak w moim rodzinnym domu!

Nie gniewaj się, ale mam inne zdanie – powiedziała moja przyjaciółka. Zrobiło mi się głupio. Pewnie o czymś nie wiedziałam.

Przy kawie i cieście z truskawkami rozmowa potoczyła się bardziej wartko. Nagle Romka zaczęła się otwierać. Mówiła i mówiła, a ja czułam jak moja idealistyczna, naiwna wizja eleganckiego domku z ogrodem w ustronnej letniskowej miejscowości rozpada się w drobne kawałki. Jak cenny, kruchy wazon z chińskiej porcelany.

Nie wiedziałam o tym, że mąż koleżanki od chwili ich ślubu pracuje na farmie w Niemczech, że ona sama zajmuje się wychowaniem dwóch chłopców, że pieniądze na budowę domu musiały być zawsze, natomiast na potrzeby Romki i chłopców – niekoniecznie. Nie wiedziałam, że moja przyjaciółka przez szesnaście lat małżeństwa nie usłyszała, że jest potrzebna, kochana, że dobrze zajmuje się dziećmi. Nie wiedziałam, że żeby wreszcie kupić sobie kilka modnych fatałaszków i zapewnić dzieciom godne życie, musiała założyć własną firmę hafciarską, nie wiedziałam też, że mieszkająca za płotem matka męża, nieustannie obserwuje młoda kobietę, a później publicznie krytykuje.

– Specjalnie posadziłam ten żywopłot – z nutką arogancji powiedziała Romka – żeby się nie wtrącała i dzieci mi nie buntowała.

– A co na to mąż?

– On jest tam, za granicą. Przyjeżdża, żeby coś w domu podremontować, odwiedzić mamę, u której przesiaduje całymi dniami i wyjeżdża. Już nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.

– Czy musi to tak trwać?

– Nie wiem, jak chłopcy będą starsi, pomyślę jak to rozwiązać.

Romka spuszcza głowę. – Jak nie wytrzymam, to zrobię to wcześniej, choćby jeszcze w tym roku! – mówi cicho.

– No to życzę ci, żebyś nie wytrzymała! Żebyś wreszcie straciła cierpliwość! Po co ci takie eleganckie więzienie za żywopłotem?

Romka otarła łzę. Czy była to jednak łza rezygnacji, czy desperacji…? Nie śmiałam pytać.


print

Na skróty